Kategorie

archiwum (2) fizyka (70) fotografie (50) głupie (7) historia (77) inne (75) karate (99) kata (37) książki (21) multimedia (118) nie wiem już co (18) obozy (18) recenzje (10) rycerka (10) samoobrona (7) seminaria (18) sponsorzy (2) sport (28) technika (85) trening (225) turnieje (17) virtualny sensei (3) ważne (140) wiedza (152) zapisy (10)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 grudnia 2018

Kupcie, bo nie pożyczę...

Są tacy ludzie, którym nawet chętnie dam zarobić. Dwadzieścia z górką lat temu kupiłem książkę o ninja :-) i już tam czytałem o kontroli organizmu na mrozie, wodzie  itp. To jednak była książka z bajkami i takie mnie drażnią. Wolę potwierdzone badaniem fakty. Nie cierpię mówienia, że coś jest tak, bo tak ma być podczas, gdy równie łatwo znaleźć prawdy przeciwne. Ale Wim Hof mnie interesuje. Także dlatego, że sam na sobie potwierdzam, że co najmniej część jego doświadczeń jest prawdziwa.
I jeszcze jedno jest fajne. Po tygodniu rzetelnej pracy otrzymuję efekty utwierdzające w sensowności wybranej drogi. Nie ma tam kolorowych pasów potwierdzających zaawansowanie, nie muszę słuchać "jedynie słusznych" argumentów, nie muszę robić rzeczy, które działały sto lat temu i teraz są głównie na pamiątkę.
Aha, i jednym ciurkiem przeczytałem 8 stron. Znaczy, że wciąga :-)


czwartek, 28 listopada 2013

Nieuk?

Nazwisko Nishiyama to wśród miłośników tradycyjnego, japońskiego karate słowo - klucz. Każda nowoczesna książka, którą sensei by napisał, byłaby warta kupienia. Wiedza, którą przekazywał podczas treningów i seminariów być może nie zostanie zapomniana, ale wcześniej czy później zostanie zapewne zniekształcona. Widzimy aktualnie jak spuścizna po senseiu jest rozszarpywana i każdy z "następców", chce sobie jej kawałek przygarnąć. Wystarczy też popatrzeć na filmy nagrane podczas seminariów i już widać jak wiele się zmieniło, lub jak wiele studenci karate Nishiyamy zapomnieli. W moim przekonaniu to wielka strata, że nie została ona usystematyzowana na piśmie (a może się mylę) w inny sposób niż tylko w postaci przepisów sportowych ITKF, czy też Coach Manual
Aż tu nagle takie coś... książka, której współautorem jest Hidetaka Nishiyama. Co prawda na pierwszy rzut oka widać, że to może być co najwyżej kompilacja jego wypowiedzi, artykułów ,czy wywiadów, ale niech to... jest szansa. Amazon wydał książkę pod tytułem "Tradycyjne, japońskie karate-do". No będzie pięknie, bo na piśmie. Gdybym jednak miał w tym miejscu zakończyć pisanie, to należałoby powiedzieć, że to najgorsza książka jaką w życiu miałem w ręku. Ale po kolei... 
Przekartkowawszy, rzucają się w oczy zdjęcia ukradzione chyba z internetu i to w skrajnie małej rozdzielczości. W oglądaniu obrzydliwe, choć może historyczne. Ich opisy gdzieś na końcu książki. Okładka tak poszatkowana pikselami, jakby ktoś nie umiał ujarzmić skanera. Zdjęcia nieostre, nonszalancko powiększone. Czcionka jak w elementarzu dla przedszkolaka...
Autor (ten trzeci, żyjący) miał ambicje skomentować napisany przez senseia Nishiyamę "Coach Manual", ale najlepsze co można zrobić z tym podręcznikiem, to go po prostu wydać "w oryginale". I zresztą w takiej wersji go znam. Nic mi zatem po zdawkowych zdaniach dotyczących mechaniki karate, okraszonych pseudofilozofią i historiami wielkich karateków, czytanymi już wielokrotnie, nieczytelnymi zdjęciami, słowniczkiem terminów japońskich. Kuriozalny jest rozdział o honorowych stopniach Dan. Autor w przedmowie cieszy się i chwali, że choć nie umiał nic zapamiętać z wykładów swoich nauczycieli karate, to skrzętnie je zapisywał. Mam jednak wrażenie, że po zapisaniu znów je zapomniał i nawet zgubił gdzieś istotę tego przekazu. Chwalenie się faktem, że jest się kolegą JCvD to też jakaś zagrywka dla dzieci. Zdjęcia na stronach 42 i 24 to majstersztyk infantylności. Podejrzewam, że autor zapomniał też, że mamy już 21 wiek. Nawet bibliografii nie ma. Książek więc nie umie pisać, nie umie też wydawać.

Książka to klapa w kwestii formy, lepszy skład robią nauczycielki nauczania początkowego, studentki podyplomowej informatyki na pierwszych zajęciach z grafiki niż Rising Sun Production, które zresztą nie może się zdecydować czy drukowało w US (strona 3), czy w GB (okładka). To także klapa w kwestii treści, choć mam nadzieję, że jak będą ją czytał po raz piąty to coś między wierszami znajdę godnego uwagi poza tym co autor przepisał z mądrego źródła, acz bezrefleksyjnie. 
Dziękuję Igorowi, że ją dla mnie sprowadził z UK, bo się człowiek starał i natrudził. Nawet zamówił ją dla siebie i mam nadzieję, że żałuje :-)

P.S.
Nie znam się na ziołach, ale to na 4 stronie przypomina liście marihuany, a potem na stronie 46 jest napisane: "... the speed [...] is equal to the force you will get at the end of the technique". Damn it!

poniedziałek, 1 lipca 2013

Mądry Polak... /tyle, że po/

W książce Nathana Spielberga o "Teoriach, które wstrząsnęły światem", jest takie zdanie: "Fizyka jest nauką najbardziej fundamentalną, toteż żadne twierdzenie naukowe, które stoi w sprzeczności z jej prawami, na dłuższą metę nie może być uznane za prawdziwe." W tym temacie od dwóch lat, mniej więcej, piszę sobie w CV, że w przygotowaniu jest książka o powiązaniach fizyki i karate. Dwa lata to już kawał czasu i wiedziałem, że jak się będę grzebał i guzdrał to mi ktoś ten pomysł zabierze. Niby w wielu miejscach można znaleźć jakieś opracowania dotyczące tego jak opisać techniki karate przy pomocy praw fizyki, ale porządnej książki nie było. No i w końcu czarny scenariusz się spełnił. Książka powstała, ukazała się, kupiłem, ale nie jest ona mojego autorstwa. 
Wiele już słyszałem pytań, po co komu takie coś. Ale oczywiste jest, że wszędzie tam gdzie karate jest traktowane bezkontaktowo, odpada podstawowy argument badania efektywności technik czyli pojedynek. A i tak, nawet wówczas łatwo popełniać błędy, czego przykładem jest przypowieść o dwóch kotach biegających na wyścigi. Jeden z nich był biały, a drugi szary. I szary wygrał ten pojedynek, więc pojawił się wniosek, że szare koty biegają szybciej niż białe. Dla uniknięcia takich pomyłek dobrze jest użyć niepodważalnych prawideł, a prawa formułowane przez fizykę to są właśnie te, o które chodzi. I, jak to już wielokrotnie było podkreślane, nie chodzi o uczenie fizyki zawodników (choć to jeszcze nikomu nie zaszkodziło), ale o uczenie tego instruktorów, trenerów, egzaminatorów, sędziów i wszystkich tych, którzy o czymś w tej materii decydują, a zwłaszcza formułują sądy o karate osób trzecich.
W takich przypadkach nie ma miejsca na sądy typu: "mnie się wydaje", albo "według mnie", bo pewne rzeczy są stosunkowo łatwo teoretycznie potwierdzalne. Ostatecznym argumentem będzie pomiar, ale zgodny z obiektywną metodą naukową, a nie wolą eksperymentatora.
Autor książki, do której tu nawiązuję, czyli "Parting the Clouds", zwraca także uwagę na fakt, że znajomość pewnych faktów i praw pozwala znacznie efektywniej rozwijać technikę. Na pierwszy rzut oka to jest taka książka jak chciałem napisać, bo w podtytule jest: "the science of the martial arts", ale ostateczną recenzję napiszę jak ją przeczytam. Niestety nie ma tej książki po polsku, no ale trudno. Może coś tu kiedyś przetłumaczymy i streścimy.

sobota, 5 lutego 2011

Kyokushin jeszcze raz

W księgarniach jest drugie wydanie książki Piotra Szeligowskiego o karate kyokushin. Raz już pisałem o tej książce i właściwie z kilku względów ją polecam. Nie chodzi bynajmniej o techniki czy kata karate opisywane w tej książce, bo w tym temacie można znaleźć książki lepsze. Chodzi o wszystko inne, co w tej książce jest zawarte i opisane. Drugie wydanie zostało troszkę poprawione i rozbudowane. Na forach w internecie odbyła się spora dyskusja na temat pierwszego wydania i poniekąd autor kilka sugestii uwzględnił.
Tym razem jednak o zrobieniu niniejszego wpisu zadecydował następujący fragment z książki:

"Rosnąca wraz z postępem cywilizacji różnorodność form aktywności zawodowej człowieka oraz sposobów spędzania wolnego czasu sprawia, że karate jest tylko jednym z wielu zajęć. Wskutek tego ludzie, którzy się nim zajmują, nie traktują karate jako czegoś, czemu warto się bez reszty poświęcić [...]. Brak pasji u młodych ludzi to swoista porażka, ponoszona przez starych mistrzów, którzy poświęcili całe swoje życie dla karate."

Powinniście tą książkę kupić i nawet nie przeczytać, a przestudiować.
.

niedziela, 24 października 2010

Kilka uwag o sporcie

Nieodłączną częścią uprawiania karate są obecnie zawody sportowe. Od zawsze sprzeczamy się czy zawody sportowe są potrzebne czy nie, a jeśli są potrzebne to jak je przeprowadzać, żeby przyniosły więcej pożytku niż szkody. Niedawno poprosili mnie koledzy z klubu ze Skoczowa, aby poprowadzić dla nich trening przygotowujący do turnieju i w związku z tym zmobilizowali mnie do pewnej refleksji: Właściwie istnieją dwie drogi przeprowadzenia zawodów sportowych w karate. Pierwsza to taka, gdzie zawodnicy stają do walki w pełnym kontakcie i biją się tak długo, aż jeden z nich padnie lub się podda, lub ewentualnie sędziowie uznają, że przewaga jednego jest tak przygniatająca, że nie ma sensu kontynuowanie walki do momentu, aż stanie się coś złego.

Ta formuła daje prawie pewność, że zwycięzca jest rzeczywisty i decyzja sędziów to właściwie formalność. A że nokaut lub inna kontuzja powodująca utratę możliwości walki to coś rzeczywiście fatalnego i nieobojętnego dla zdrowia to ten sposób przeprowadzania zawodów jest dla ludzi świadomie podejmujących takie ryzyko i koniecznie należy ich o takim ryzyku uprzedzać.

Ostatnio jedna dumna mama opowiedziała mi historię swojej siedmioletniej córki, która stanęła do walki na treningu z rówieśnikiem ubrana w kask i rękawice. Miało jej to zapewnić ochronę przed urazami :-|. Ale pewnie wtedy się nie dowiedziała, czy zapewniło.

Druga metoda jest inna. Karate daje możliwość przeprowadzenia turnieju w formule bezkontaktowej. Niestety ta formuła wymaga od zawodników pewnych dodatkowych cech innych niż w formule kontaktowej, a dodatkowo wymaga także doskonale wyszkolonych sędziów. W 99% to oni bowiem będą decydować o tym, który z zawodników jest zwycięzcą walki. Rolą zawodnika jest "przekonać sędziego", że to właśnie tego zawodnika należy uznać za lepszego. I rodzi się pytanie co tak naprawdę należy oceniać, aby móc wyłonić zwycięzcę.

Niestety, nie należę do zawodowych sędziów, ale turnieje karate obserwuję i karate studiuję, więc trochę mogę poopowiadać. I jestem przekonany, że słuszną metodą jest ocenianie strategii, timingu, dynamiki..., ale nic to nie znaczy bez oceniania prawidłowości techniki. Nie ma tu teraz znaczenia wywód czym powinna się charakteryzować się prawidłowa technika, ale nie oceniając jej nie oceniamy zasadniczej części pracy jaką włożył zawodnik w swoje karate.

Zawodnik formuły kontaktowej musi znokautować. Nie ma co do tego wątpliwości. Zawodnik formuły bezkontaktowej, oprócz wszystkich zasad taktycznych, które realizuje musi się wykazać perfekcyjną techniką, która też podlega ocenie. W przeciwnym razie jego walka jest przypadkowa a i zwycięstwo także, lecz wówczas cóż jest wart taki czempion? No i chyba nie da się zaprzeczyć, że dobrze wypracowana technika jest niezwykle pomocna w sytuacji samoobrony, o której trzeba myśleć na każdym treningu (kwestie psychicznej zdolności do podjęcia walki tutaj pomijam).

Dzisiaj pojechałem oglądać turniej shotokan czyli stylu, który praktycznie rzecz biorąc uprawiam od 20 lat. Zawody zorganizowane przyzwoicie, mnóstwo zawodników, fajna oprawa. Ale chciałem oglądać karate i tego karate nie zobaczyłem. Zawodnicy używali pozycji, które nie dawały im żadnej gwarancji stabilności, zadawali techniki przy całkowitej utracie równowagi, nie reagowali na polecenia sędziego i atakowali po komendach przerywających starcie, wreszcie uderzali nie patrząc w cel, który chcieli trafić. Rozciągnięte w długim kroku lub skoku ciało, nie dawało żadnej możliwości użycia kime, a to przecież podstawowa i najważniejsza cecha techniki karate. Ci zawodnicy, których widziałem zwyczajnie nie posługiwali się żadną techniką typową dla karate. Ich ruchy co prawda takie techniki przypominały, ale nimi nie były. Można było podziwiać motorykę i kondycję, ale w żadnym wypadku nie dało się podziwiać techniki.

Faktem było jednak i to, że sędziowie również reagowali straszliwie opieszale, wielu akcji nie widzieli, a sędzie prowadzący stał w odległości 3-4 metrów od walczących. No i kontuzjowany zawodnik, zamiast czekać na interwencję lekarza, musiał sam do niego podjeść, czyli opuścić pole walki i zaliczyć spacer. O ile zawody zatem zorganizowane fajnie o tyle karate gdzieś w tym całym animuszu turniejowym uciekło. Nie oglądałem niestety turnieju kata, ale z drugiej strony jeśli ktoś tak walczy jak widziałem dzisiaj, to jak rozumie sens ćwiczonego przez siebie kata? Przecież kumite jest w znacznej mierze obrazem kata. Do której formy rywalizacji sportowej w karate pasowały dzisiejsze zawody? Raczej do żadnej i przyznaję, że trochę mnie ten dzisiejszy widok zmartwił.

P.S.
Zdjęcia pobrane z internetu. Nie są bezpośrednią ilustracją opisywanych zdarzeń.


czwartek, 26 sierpnia 2010

Wakacje treningi prawie zakończone

Na wakacyjnych treningach spotkamy się już tylko raz w poniedziałek. Podsumujemy to wszystko czym zajmowaliśmy się przez dwa miesiące. Dziś natomiast szlifowaliśmy strategie, zwłaszcza kombinacje. Kihon wymagał skupienia się na kontynuacji w technikach wielokrotnych. oraz na kime. Trochę było zabawy, trochę bólu od podcięć, ale myślę, że wszyscy zadowoleni. Krystalizują się plany i postanowienia na nowy sezon szkoleniowy. Nawet dawno niewidziany Zbyszek dzisiaj wpadł na trening...
No i pogadaliśmy o:

poniedziałek, 5 lipca 2010

Nowa/stara książka...

Ta książka jest już w księgarniach chyba ponad rok, a że teraz wakacje i część od treningów odpoczywa więc ją polecam z pewnych powodów. Niezależnie od tego, że jest poświęcona karate kyokushin to jednak warto do niej zerknąć wiedząc nawet, że autor szykuje już drugie (podobno zmienione) wydanie. Książek o karate jest na rynku sporo, ale wiele powiela schematy polegające na prezentacji zdjęć poszczególnych technik, bez żadnej refleksji, jeszcze inna grupa to jedynie biografie dawnych mistrzów. W tym przypadku jest zupełnie inaczej, bo nawet historia karate jest tu ujęta specyficznie.

Biorąc pod uwagę stronę techniczną karate jakim się zajmujemy, to tej części podręcznika senseia Szeligowskiego nie polecam.
O walce sportowej (knockdown) w sensie taktycznym też możemy poczytać tą pozycję jako ciekawostkę. Ale rozdziały o kata, filozofii karate, samoobronie są bardzo interesujące i aktualne dla każdego zajmującego się karate. Jest to w końcu książka napisana współcześnie, kiedy karate w naszym kraju jest już ze 40 lat i wiedza niektórych instruktorów jest całkiem spora. Ci, którym się nie chce szukać (a szkoda), dostają także w pigułce sporą dawkę wiedzy to fizjologii sportowca i przygotowaniu fizycznym do zawodów.
Sednem jednak mojego polecania są rozdziały o motywacji i zaangażowaniu w trening. O wyznaczaniu sobie celów i ich realizacji. O tyle są one wiarygodnie, że autor opisuje je w formie "autobiografii", przetestował je na sobie skutecznie a sportami walki zajmował się na poważnie. Wiadomo, że mógł to napisać każdy psycholog lub przedstawiciel handlowy firmy zajmującej się sprzedażą bezpośrednią ;-), ale ten człowiek (tzn. autor) trochę zdrowia na macie zostawił. Kim jest Piotr Szeligowski możecie sobie poszukać w internecie. Także tutaj: www.piotrszeligowski.pl.

sobota, 5 czerwca 2010

Seminarium z sensei'em Neugebauerem

To sobotnie seminarium to najlepsze seminarium na jakim do tej pory byłem. Być może większe wrażenie wywarło na mnie moje pierwsze w ogóle seminarium szkoleniowe w 1995 kiedy miałem przyjemność uczestniczyć w treningu z uczniami Hiroshi Shirai czyli z Dario Marchinim i Cristiną Restelli. Tym razem jednak otrzymaliśmy w pigułce wszystkie najważniejsze zasady karate tradycyjnego dotyczące todome, czyli ciosu kończącego. Wykonaliśmy sporą ilość ćwiczeń utrwalających prawidłową postawę podczas wykonywania technik, a także zajmowaliśmy się doskonaleniem kime w technikach oraz kształtowaniem i rozwijaniem poszczególnych faz techniki, łącznie z oddychaniem.

Ale nie to jest tutaj najważniejsze. Najistotniejsze jest to, że K. Neugebauer to człowiek, który doskonale rozumie na czym polega tradycyjne karate. Perfekcyjnie wie co należy wyjaśnić w technikach i jak należy to zrobić. Nie jest to tak jakbym chciał, żeby były wyjaśnione wszystkie fizyczne i biomechaniczne aspekty techniki karate przy pomocy języka nauki, ale pojęcia którymi sensei się posługuje i jego intuicyjne interpretacje są perfekcyjnie dobrane. W moim odczuciu pod tym względem nie ma tam słabych stron. Dodatkowo ogromne doświadczenie zawodnicze senseia sprawia, że ciało go słucha i jest niezwykle wiarygodny. Skuteczność umiejętności, które prezentował nie budzi wątpliwości. Jest jeszcze jedna rzecz, która rzuca się w oczy podczas takiego seminarium i odróżnia je od innych. Spotkałem się mianowicie z opiniami dotyczącymi innych sław światowego karate, prowadzących różnorakie seminaria, że "tak się w tej chwili trenuje kata" lub "tak się w tej chwili walczy w sportowym karate". W tym przypadku takie teorie nie miały miejsca. Było widać, że tak po prostu musi działać karate, tak pracuje ludzkie ciało i taka jest droga do maksymalnej efektywności.
Ci, których dziś na treningu nie było, niech żałują. Treningu, na którym się nie było nie da się odpracować.


piątek, 22 stycznia 2010

Nowa książka...

Ukazała się książka Andrzeja Zarzecznego o Karate Tradycyjnym. Wreszcie jest publikacja, która traktuje o tradycyjnym podejściu do karate i o takich właśnie metodach szkoleniowych.

Książka wydana jak na mój gust bardziej po amerykańsku, ale szata graficzna i pomysły edycyjne powodują, że jest interesująca w odbiorze (za jednym zamachem kupiłem też "Aikido Nishio" i "Brazylijskie JJ" z tego samego wydawnictwa).
Książka jest raczej dla początkujących i uznaję ją za jaskółkę, która wywoła falę profesjonalnych publikacji o karate tradycyjnym. Gdyby ta pozycja miała jeszcze dodatkowych 200 stron i traktowała temat tak jak kiedyś książki Jerzego Miłkowskiego, byłaby warta "każdych" pieniędzy. Wartość merytoryczną raczej niech każdy oceni sam według uznania, ale pewnie warto ją mieć bo jest o nas ...

Zastanawia mnie jednak fakt, że ilekroć jest mowa o technikach karate, np. w kontekście ich skuteczności zawsze jest pomijana i lekceważona kwestia prawideł fizycznych, które tymi technikami żądzą. Wiadomo, że sama znajomość fizycznych aspektów ruchu nie daje żadnej gwarancji skuteczności, ale z kolei wiedza o nich podnosi efektywność stosowania. No i tutaj autor jako jeden z nielicznych postarał się o kilka zdań analizy. Dotychczasowe próby ujęcia tego tematu od strony praw fizyki (pomijając prace bezsensowne) można policzyć na palcach jednej ręki. Najciekawsze zostały napisane przez profesora Ingbera, a w Polsce na uwagę zasługuje pozycja Fechnera i Rucińskeigo.

W "Karate Tradycyjnym" Andrzej Zarzeczny zwraca uwagę na różnice w kopnięciach typu keage i kekomi z racji zastosowania różnego rodzaju ruchów nogi w każdej z wersji. Jest kilka innych technik, nie tylko nożnych, które mogą występować w obu wersjach, ale też rozróżnianie sposobu wykonania dla niektórych jest czynione bez większego sensu. Autor dowodzi, że kekomi z racji dłuższego kontaktu z ciałem przeciwnika generuje większą siłę i przekazuje więcej energii do celu niż keage, które z racji smagnięcia ma być słabsze. Jeśli autor miał na myśli fakt, że keage w technikach wznoszących (yokokeage) lub ręcznych (uchi) może nie zdążyć dotknąć celu i nie przekazać energii to miał oczywistą rację. Ale wtedy przecież technika jest zwyczajnie wykonana źle i nie ma co jej rozważać pod tym kątem.
2 zasada dynamiki dowodzi w ogólnej postaci, że F=dp/dt czyli wygenerowana siła podczas uderzenia jest tym większa, im większa zmiana pędu dp zajdzie lub im krócej (mała wartość dt) będzie ta zmiana generowana. Wobec tego założenie, że krótszy czas kontaktu -tym gorzej, jest złe i prowadzi do niewłaściwych wniosków. Jest zatem dokładnie odwrotnie. Należy zauważyć, że różnica w efektywności i zastosowaniu techniki np. yoko geri bierze się z użytej trajektorii, która determinuje wykorzystanie większej lub mniejszej masy ciała czyli z tego, że podczas ruchu w bok (kekomi) można technikę poprzeć masą całego ciała, natomiast masowy (podudzie) przyczynek do energii kinetycznej (w keage) jest niewielki i stąd mała możliwość jej przekazania podczas kontaktu.

c.d.n

k

środa, 23 września 2009

Encyklopedia Sztuk Walki

W wolnej chwili sięgam do tej książki, bo mam sentyment do autora i jego serii publikacji o karate. Mnóstwo w tej encyklopedii błędnych i uproszczonych informacji, często subiektywnych. Ale też wiele fajnych i inspirujących tekstów:

Ichi go, ichi e: każda chwila jest Tą chwilą. Zasada zachęcająca do ćwiczenia z maksymalną determinacją teraz i na każdym treningu. Ma przeciwdziałać "jutrologii" - jutro będę czuł się lepiej, jutro postaram się bardziej, jutro będę gotów znosić niewygodę. Ta postawa rujnuje motywację a wyobrażenia o "jutrzejszym" treningu zastępują realny "dzisiejszy" trening [...]. Każdą chwilę trzeba szanować jakby miała znaczenie najważniejszej chwili.