Kategorie

archiwum (2) fizyka (70) fotografie (50) głupie (7) historia (77) inne (75) karate (99) kata (37) książki (21) multimedia (118) nie wiem już co (18) obozy (18) recenzje (10) rycerka (10) samoobrona (7) seminaria (18) sponsorzy (2) sport (28) technika (85) trening (225) turnieje (17) virtualny sensei (3) ważne (140) wiedza (152) zapisy (10)

wtorek, 27 grudnia 2011

Świateczne zasady

Właściwie już po sprawie i po świętach. Nie rozwiązałem jeszcze problemu kalibracji mojej nowej wagi w kwestii zmuszenia jej do podawania wiarygodnej masy kości, natomiast sprawiła mi już drugą przyjemność. Po trzech dniach, które większość polaków spędza bezrozumnie na jedzeniu "tradycyjnej" ilości potraw, moja "obliczona" masa wynosi w chwili obecnej 77,8 kg!

P.S.
Przez chwilę myślałem żeby udostępnić moje zdjęcia z czasów 4% tłuszczu, ale jednak się powstrzymam dla dobra sprawy ;-)

piątek, 23 grudnia 2011

Prezenty - nowe

Prawie tak, jak stare ba.y mamy z Grzegorzem jeden ulubiony sklep. Zwykle nawet mamy podobny gust ;-) i kupimy sobie takie same gadżety. Tym razem mam nadzieję, że go wyprzedziłem i na okoliczność przedczterdziestkową kopiłem sobie drobiazg, jak ten po lewej. W sumie to tylko waga, ale ujęła mnie jedna informacja na opakowaniu: OBLICZA MASĘ! Potem jeszcze napisali, że mierzy zawartość tłuszczu, wody itp. Nie mam złudzeń, że mierzy rzetelnie i prawidłowo, ale jako punkt odniesienia może być wystarczająca. Dokonałem pomiaru siebie:

Data
: 23.12.2011
Masa: 77,2 kg
Zawartość tłuszczu: 18,9 % (4 lata temu miałem 4,7%)
Zawartość wody: 55,7%
Zawartość mięśni: 41,3%
Masa kości: 3 kg (!? Ciekawe, jak to się będzie zmieniać?)
Zapotrzebowanie kaloryczne: 1755 kcal (raczej w bezruchu)

Edycja: Niestety Grzegorz podobną wagę kupił dawno temu i jak nietrudno się domyśleć obie wskazują co innego w kilku przypadkach. Zapotrzebowanie kaloryczne mogę zignorować bo to się da oszacować, ale taka mała masa kostna raczej działa na niekorzyść mojej wagi. Zgodnie ze statystyką powinienem mieć masę kości równą około 12% masy ciała co daje mniej więcej 9kg. Czyli 3 razy więcej niż pokazała moja waga. Wygląda na to, że Grzegorzowa jest lepsza :-(

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Koniec roku

Zakończyliśmy oficjalnie rok treningowy 2011. Kto się nie wyrobił i nie trenował ten żałuje. Teraz mamy czas do 2 stycznia (poniedziałek) na odpoczynek, regenerację, zastanowienie. Simon Amman po rekonwalescencji w szpitalu i odpoczynku od skoków narciarskich, zaraz zdobywał medale olimpijskie, czyli taki reset jest zupełnie wskazany. Korzystając z zakończenia sezonu dziękuję wszystkim, którzy wytrwali na treningach. Na szczególną pochwałę zasługuje Kaśka, która zaczęła w końcu używać rękawic i może to spowoduje, że przestanie się bać uderzać. Angelina, jeśli dopnie swego, wreszcie poczuje co to prawdziwy stres w walce, Paulinie i Wioli gratuluję zapału i niezwykłych chęci do treningu. Ale szczególnie jestem dumny z Michała, który choć z koncentracją jest na bakier to dzielnie znosi wszelkie kuksańce i ciosy, nie zważa na ból, siniaki i złośliwości. Wszystkim, którzy cierpliwie znoszą... wiecie co - też gratuluję.
Życzę sobie, żeby w nowym roku zapał do ćwiczeń był większy, a marudzenia jeszcze mniej. Żeby stare marudy się fajnie zorganizowały i dobrze rozplanowały te dwa dni w tygodniu na nasze wspólne spotkania.
Wam życzę, aby udało się spędzić święta mądrze, refleksyjnie i pożytecznie, bynajmniej nie żrąc beznadziejne ilości potraw i gapiąc się w telewizor. Nie po to są te święta. Spotkajmy się potem pozytywnie nastawieni na kolejnych treningach. Będę rozczarowany jeśli zapomnicie te fragmenty Anan, które już ćwiczyliśmy.

W tym tygodniu jest możliwość trenowania w czwartek w Skoczowie www.shotokan-skoczow.blogspot.com. Jeśli ktoś czuje potrzebę to klub w Skoczowie na pewno będzie zadowolony ze spotkania. W tygodniu od 27.12 prawdopodobnie w czwartek wybiorę się na trening do Skoczowa, ale jeśli macie ochotę na spotkanie w środę w Bielsku, to proszę ją zgłosić. Regularne treningi rozpoczynają się 2 stycznia 2012 w Czechowicach o zwykłej porze.


Wszystkiego Dobrego!

czwartek, 15 grudnia 2011

Samochwała w kącie stała

Zrobiłem sobie dziś urodzinowy prezent. Miałem zaplanowany finał treningu, ale też planowałem poczynienie obserwacji "psychologicznych"dotyczących wszystkich zawodników. Ucieszyło mnie, że mimo zniechęcania przyszłą spora grupa. Godzina piłki zamiast rozgrzewki i standardowych ostatnimi czasy ćwiczeń była dla rozluźnienia atmosfery. Tej formy piłki nożnej nauczyli mnie koledzy nauczyciele w-f i trzeba przyznać, że granie dwuosobowo jednominutowych meczów to jest niezła forma wysiłku. Przyznaję, że trzeba jeszcze przemyśleć i sprecyzować przepisy, bo ciągle jest z tym problem, ale w sumie one nie są najważniejsze. Przecież to nie trening piłki. Zastanawia mnie jednak, jak długo należy tłumaczyć dorosłym chłopom, że priorytet w takiej kopaninie ma zawsze zdrowie, potem sprawność fizyczna, a potem dopiero zwycięstwo za wszelką cenę. Dziwi mnie nieustannie, że po tylu latach treningu karate i wyrabianiu szacunku do ciała partnera, z którym się ćwiczy, jeszcze ktoś odważy się kopnąć drugiego, mając pretensję, że kopnięty to zauważył a przy okazji samemu być "niezwykle wrażliwym" na kopnięcia innych. I wygląda na to, że nasze dziewczyny są bardziej zahartowane od facetów, a ci z kolei są delikatni niczym porcelana i generują o wiele więcej pretensji. Niby chcemy w tą piłkę kopać, ale grać honorowo nie potrafimy.

Te kilka ćwiczeń dynamicznych miały w zamiarze trochę was osłabić i mam nadzieję, że to się udało. Był to też jednak sprawdzian nie techniki w sensie przepisowym, lecz techniki w sensie dynamicznym. Priorytetem w karate tradycyjnym jest technika kończąca, a jej składnikiem jest szeroko rozumiana dynamika i dzięki tarczom możemy ją szczegółowiej analizować. Zlecone zostały do wykonania pewne typowe techniki stanowiące bazę całego arsenału, a tu masz babo placek: jeden robi po swojemu, jeden nie zrozumiał, jeden rywalizuje z partnerem; który lepszy. Czy to był plan treningu?

Na finał wybrałem najbezpieczniejszą formułę rywalizacji pozwalającą walczyć, czyli walką na chwyty. Nie ma tu przypadkowych ciosów, "niechcących" fauli i innych. Trzymania, duszenia dźwignie... Przypominam sobie moje pierwsze zainteresowanie chwytami, kiedy wynajęliśmy zaprzyjaźnionego judokę w 2001 roku, aby nas trochę pouczył. Od tamtego czasu, po długiej przerwie, właściwie wszystko czego się nauczę od razu przekazuję na treningu. To oznacza, że właściwie biorąc pod uwagę staż w treningach chwytów, mam go taki jak każdy inny klubowicz. Trudno nie doceniać umiejętności stosowania chwytów. Nawet w karate bezkontaktowym walka wcześniej czy później kończy się w klinczu, a w bijatyce jeśli nie nastąpi knockout, to kończy się tak zawsze. Niektórzy karatecy z wysokimi stopniami twierdzą mylnie, że jeżeli przeciwnik upadnie to właściwe przegrał (ech!).
To były argumenty, żeby dokonać sprawdzianu, zwłaszcza że niejeden z was jest ode mnie zwyczajnie silniejszy. Jeżeli ktoś potraktował sprawę ulgowo, bo nie wolno sprać senseja to na tym stracił bo miał okazję i nie wykorzystał. Zakładam, że wszystkie faule jakie się przytrafiły były niezamierzone i nie ma nad czym deliberować (ale dlatego nie pozwoliłem wam walczyć dziś między sobą). Przypomniał mi się efekt naszego wynajęcia znajomego judoki, kiedy walczyliśmy z nim po kolei w trójkę i każdego z nas pomielił bez najmniejszej zadyszki. Ja nie mogę się z nim równać, nie mogę się równać z nikim kto regularnie trenuje bjj, ale na pewno zwróciliście uwagę, że walki trwały co najwyżej kilka minut, za wyjątkiem tej z Michałem, kiedy miałem już na koncie ich stoczonych kilka. Jaki był efekt? Wszystkie wygrałem! Skoro ja pewnie nie wygram z nikim poważnym (bo umiejętności bjj mam mało), to co zrobi reszta? Piękna przestroga.


To by było na tyle prezentu na 38 urodziny. Gdyby ktoś chciał w poniedziałek wziąć rewanż, to chętnie się udzielę. Ale wygrany rewanż daje splendor tylko sportowy, bo w życiu drugiej bitwy może już nie być. Może i przebija się w tym miejscu zgorzkniałość, ale do jasnej anielki, przecież to jest sztuka walki!