Kategorie

archiwum (2) fizyka (67) fotografie (45) głupie (6) historia (58) inne (75) karate (97) kata (37) książki (21) multimedia (112) nie wiem już co (14) obozy (18) recenzje (10) rycerka (21) samoobrona (7) seminaria (18) sponsorzy (2) sport (28) technika (84) trening (226) turnieje (17) virtualny sensei (2) ważne (133) wiedza (142) zapisy (10)

czwartek, 15 grudnia 2011

Samochwała w kącie stała

Zrobiłem sobie dziś urodzinowy prezent. Miałem zaplanowany finał treningu, ale też planowałem poczynienie obserwacji "psychologicznych"dotyczących wszystkich zawodników. Ucieszyło mnie, że mimo zniechęcania przyszłą spora grupa. Godzina piłki zamiast rozgrzewki i standardowych ostatnimi czasy ćwiczeń była dla rozluźnienia atmosfery. Tej formy piłki nożnej nauczyli mnie koledzy nauczyciele w-f i trzeba przyznać, że granie dwuosobowo jednominutowych meczów to jest niezła forma wysiłku. Przyznaję, że trzeba jeszcze przemyśleć i sprecyzować przepisy, bo ciągle jest z tym problem, ale w sumie one nie są najważniejsze. Przecież to nie trening piłki. Zastanawia mnie jednak, jak długo należy tłumaczyć dorosłym chłopom, że priorytet w takiej kopaninie ma zawsze zdrowie, potem sprawność fizyczna, a potem dopiero zwycięstwo za wszelką cenę. Dziwi mnie nieustannie, że po tylu latach treningu karate i wyrabianiu szacunku do ciała partnera, z którym się ćwiczy, jeszcze ktoś odważy się kopnąć drugiego, mając pretensję, że kopnięty to zauważył a przy okazji samemu być "niezwykle wrażliwym" na kopnięcia innych. I wygląda na to, że nasze dziewczyny są bardziej zahartowane od facetów, a ci z kolei są delikatni niczym porcelana i generują o wiele więcej pretensji. Niby chcemy w tą piłkę kopać, ale grać honorowo nie potrafimy.

Te kilka ćwiczeń dynamicznych miały w zamiarze trochę was osłabić i mam nadzieję, że to się udało. Był to też jednak sprawdzian nie techniki w sensie przepisowym, lecz techniki w sensie dynamicznym. Priorytetem w karate tradycyjnym jest technika kończąca, a jej składnikiem jest szeroko rozumiana dynamika i dzięki tarczom możemy ją szczegółowiej analizować. Zlecone zostały do wykonania pewne typowe techniki stanowiące bazę całego arsenału, a tu masz babo placek: jeden robi po swojemu, jeden nie zrozumiał, jeden rywalizuje z partnerem; który lepszy. Czy to był plan treningu?

Na finał wybrałem najbezpieczniejszą formułę rywalizacji pozwalającą walczyć, czyli walką na chwyty. Nie ma tu przypadkowych ciosów, "niechcących" fauli i innych. Trzymania, duszenia dźwignie... Przypominam sobie moje pierwsze zainteresowanie chwytami, kiedy wynajęliśmy zaprzyjaźnionego judokę w 2001 roku, aby nas trochę pouczył. Od tamtego czasu, po długiej przerwie, właściwie wszystko czego się nauczę od razu przekazuję na treningu. To oznacza, że właściwie biorąc pod uwagę staż w treningach chwytów, mam go taki jak każdy inny klubowicz. Trudno nie doceniać umiejętności stosowania chwytów. Nawet w karate bezkontaktowym walka wcześniej czy później kończy się w klinczu, a w bijatyce jeśli nie nastąpi knockout, to kończy się tak zawsze. Niektórzy karatecy z wysokimi stopniami twierdzą mylnie, że jeżeli przeciwnik upadnie to właściwe przegrał (ech!).
To były argumenty, żeby dokonać sprawdzianu, zwłaszcza że niejeden z was jest ode mnie zwyczajnie silniejszy. Jeżeli ktoś potraktował sprawę ulgowo, bo nie wolno sprać senseja to na tym stracił bo miał okazję i nie wykorzystał. Zakładam, że wszystkie faule jakie się przytrafiły były niezamierzone i nie ma nad czym deliberować (ale dlatego nie pozwoliłem wam walczyć dziś między sobą). Przypomniał mi się efekt naszego wynajęcia znajomego judoki, kiedy walczyliśmy z nim po kolei w trójkę i każdego z nas pomielił bez najmniejszej zadyszki. Ja nie mogę się z nim równać, nie mogę się równać z nikim kto regularnie trenuje bjj, ale na pewno zwróciliście uwagę, że walki trwały co najwyżej kilka minut, za wyjątkiem tej z Michałem, kiedy miałem już na koncie ich stoczonych kilka. Jaki był efekt? Wszystkie wygrałem! Skoro ja pewnie nie wygram z nikim poważnym (bo umiejętności bjj mam mało), to co zrobi reszta? Piękna przestroga.


To by było na tyle prezentu na 38 urodziny. Gdyby ktoś chciał w poniedziałek wziąć rewanż, to chętnie się udzielę. Ale wygrany rewanż daje splendor tylko sportowy, bo w życiu drugiej bitwy może już nie być. Może i przebija się w tym miejscu zgorzkniałość, ale do jasnej anielki, przecież to jest sztuka walki!

2 komentarze:

  1. Trzeba to powtórzyć bo nic nie wiedziałem... (może na obozie) :)))
    T.C.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bo to była niespodzianka!

    OdpowiedzUsuń