Kategorie

archiwum (2) fizyka (67) fotografie (45) głupie (6) historia (58) inne (75) karate (97) kata (37) książki (21) multimedia (112) nie wiem już co (14) obozy (18) recenzje (10) rycerka (21) samoobrona (7) seminaria (18) sponsorzy (2) sport (28) technika (84) trening (226) turnieje (17) virtualny sensei (2) ważne (133) wiedza (142) zapisy (10)

sobota, 28 stycznia 2017

Marlena uratowana

Tegoroczna edycja "Zadymy" przejdzie na pewno do historii jako wydarzenie bez precedensu. Po pierwsze wystartowaliśmy w oszałamiającej liczbie 11 keikowiczów (No; 10 plus gość). Po drugie, mimo znacznie cięższych warunków Rafał pobił zeszłoroczny czas. Niby o parę minut jedynie, ale ekstrapolując na zeszłoroczne warunki do jednak dał mocno czadu (2h:28min /67 miejsce). Niekwestionowaną królową imprezy była jednak Marlena, która pobiła rekord w drugą stronę. Zachowała się jak profesjonalistka i postanowiła zrobić prawdziwą zadymę!!! Nie jakieś tam "Muszę być pierwszy", "Muszę wszystkich wyprzedzić", żadne "Muszę obronić tytuł", albo "Chcę być mistrzem świata". I w dodatku jeszcze nie pozwoliła nam pojechać do domu po skończonym biegu, bo postanowiła wrócić do bazy po zmroku!!! Żeby to zrobić musiała przejść pętlę na Skrzyczne i na dół (13.5km) w czasie dłuższym niż 6 godzin, bo start odbywał się o godzinie 11.00. I udało się!!! Nikt nie pomyślał, żeby wziąć ze sobą czołówkę, bo po co w środku dnia i Marlena to wykorzystała. Wyczekała zmroku i ruszyła... 
Najedliśmy się strachu, ruszyliśmy po nią... 
Na szczęście dostała na trasie bezinteresowną pomoc od organizatorów i ktoś jej na ostatnim odcinku, aż do naszego spotkania na ostatnim zbiegu, towarzyszył. Dziękujemy, po pomoc była potrzebna.
Czyli każdy coś przeżył, coś zobaczył, coś osiągnął, niektórzy szepnęli "Nigdy więcej". Ale nie wiadomo co się wydarzy. A Marlena będzie miała co prawnukom opowiadać. Nawet psy były zmęczone, jeden do tej pory śpi. Góra zawsze weryfikuje bardziej niż miś świata, bo misia świata można podejść podstępem. Góry nie za bardzo. W zeszłym roku pękło kolano. Tym razem je zabezpieczyłem, więc pękło drugie :-)

Oto kilka zdjęć. Mieszczuchy zobaczcie co wdychacie. Ahaaaaa.... w nagrodę za odnalezienie Marleny zafundowaliśmy sobie banię (ostatnie zdjęcie). Na zewnątrz -7, wewnątrz + 36 stopni. Szkoda, że ręcznik tak szybko zamarzał.



4 komentarze:

  1. No i co, lecimy w przyszłym roku? DK.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lecimy!...chyba ;)
    Czyli dzięki Marlenie udało się wskoczyć do bani :)
    Aga

    OdpowiedzUsuń
  3. Za uratowanie dziękuję. Za to następnym razem mam co pobijać ;)
    MK

    OdpowiedzUsuń
  4. Jasne, że lecimy! ;)

    https://www.youtube.com/watch?v=WDhAJS57yVk

    OdpowiedzUsuń