Kategorie

archiwum (2) fizyka (66) fotografie (42) głupie (5) historia (38) inne (70) karate (94) kata (37) książki (19) multimedia (110) nie wiem już co (8) obozy (18) recenzje (9) rycerka (21) samoobrona (6) seminaria (16) sponsorzy (2) sport (25) technika (81) trening (221) turnieje (17) virtualny sensei (2) ważne (127) wiedza (134) zapisy (9)

poniedziałek, 4 września 2017

My name is... Tuchola 201(00)7

Pojechaliśmy do Tucholi mimo tego wszystkiego co się tam wydarzyło. W sumie w samej mieścinie niewiele widać już zniszczeń, a na wycieczkę po okolicy brakło nam już czasu. Tuchola to dla nas doroczny kurs dla instruktorów SGI. Ja takie kursy lubię, zwłaszcza jeśli poprowadzone są bez napinki, bez ideologii i bez nawiedzenia. I nawet powiem, że to co robią szefowie SGI ma już powoli znamiona kursu instruktorskiego w jakim sam chciałbym przed laty uczestniczyć. Być może dlatego, że nie koncentruje się on wokół sędziowania turnieju sportowego (co ma oczywiste znaczenie dla pasjonatów sportu, turniejów i rywalizacji) tylko wokół ogólnie rozumianego treningu fizycznego, mentalnego i technicznego. 
Po raz pierwszy nie chciało mi się prowadzić wykładu o fizyce. A niech poczują głód! Ale za to było sporo o fizyczności, o regeneracji (jak na zawołanie spory artykuł o rolowaniu i powięzi we wrześniowym numerze magazynu BIKE), o prawidłowej pozycji ciała i pracy na nogach. Fajny mini blok o uczeniu początkujących, wymiana doświadczeń instruktorskich (i dobrze, bo nawet guru, albo zwłaszcza guru może się mylić, co w sumie często czasem trudno zauważyć). Dobrze było widać czym dla kogo jest karate, jakie mają instruktorzy podejście do samoobrony. Ale w dalszym ciągu nie wiem dlaczego część nie lubi, bądź nie docenia parteru? Może gdyby pozwolić McGregorowi stłuc Floyda przy pomocy wszystkich swoich umiejętności byłaby ta kwestia bardziej akceptowalna.
Dla mnie było to wydarzenie pierwszej próby. Ukoronowaniem całości jest numer mojego certyfikatu:

a fotografie dostępne są po kliknięciu na obrazek:

 Tuchola; kurs